Malarstwo jest tym, 2014
Malarstwo jest tym, czego nie widać.
Jest niejako syntezą materialności i owego pierwiastka duchowego, który jest wyrazem indywidualności zawartej w większej całości. Obraz możemy odbierać za pomocą zmysłów, widzimy, że kolory spajają się, przenikają się wzajemnie, gdyż pada na nie światło nadające określoną temperaturę, zarysowują się kontrasty i wydzielają poszczególne linie, ale to nie wszystko. Dotyk pozwala nam na zbadanie faktury, jej ruchów ukierunkowujących nas na znak będący czymś więcej niż zwykłym akcentem zawartym na pewnym obszarze pokrytym farbą. Ten właśnie znak nadaje obrazowi jego charakterystyczną atmosferę wyrażoną przez feerię barw w określonej do siebie relacji, jakąś zagadkową poświatę wprowadzającą nas coraz głębiej w nieznane. Zaczynamy się zatracać w tej grze zestawień, zaskakujących zetknięć budujących napięcie, ale to jeszcze nie to. Znak ten nie jest bowiem jedynie cząstką formalną budującą założenie, na którym oparta jest kompozycja, ale ma wyższą rangę niż zwykły element występujący na powierzchni. Przeistacza on materię w coś, czego nie możemy ogarnąć zmysłami, ani postrzeganiem intelektualnym. Ma wyraz ponadwizualny, ponadorganiczny. Symbol otwiera na energię wiążącą artystę, obraz i odbiorcę w jedno, budującą wielowymiarowe wrażenie pochodzące z naszej uniwersalnej głębi, skąd czerpana jest przede wszystkim wolność i niekończąca się przestrzeń. Z tej pustki człowiek może pobrać całe spektrum wartości, które mieści się w otaczającym nas świecie jak i w nas samych, gdyż to my sami kreujemy rzeczywistość i przynależymy do owej pustki. Jest to nic innego jak doskonałość, obraz Boga w nieskończoności będący ponad czasem, materią, lecz nieustannie trwający w człowieku. Właśnie poprzez twórczość człowiek wyraża swój związek z Bogiem, często nawet nie w bezpośredni sposób. Wystarczy, że działa, nazywa, a to wystarczy, aby ukazać swoje istnienie w trwaniu, w wiecznym, płynnym jak rzeka procesie, inaczej ewolucji bez końca. A jej przecież nie da się zobaczyć.
4 biurowe krzesła, 2019
Korporacja to system patriarchalny.
Korporacja to system patriarchalny.
Korporacja to system patriarchalny.
Zabraliście tron,
Oddaliście krzesła,
wstąpiliście system,
a one i tak są, i tak są i tak są.
Sara, Rebeka, Rachela, Lea.
Mesjasz mesjasz mesjasz mesjasz mesjasz mesjasz mesjasz mesjasz mesjasz.
Świadkowie, 2019
Ostatnio odkryłam w pokoju pluskwy. Przypominają małe brązowe żuki. Prawie zlewają się z podłogą, aż do momentu, w którym się je rozgniecie. Wtedy widać małe ciemnoczerwone plamki. Podobno dziadek Józef kiedyś na nie polował… czekał, aż pojawią się na ścianie i TRACH! Nędzny żywot pluskwy, choć podobno równie boski, co nasz. Dziadek Józef tak naprawdę nie chciał zabijać robaków. Być może mierzył się sam ze sobą. TRACH. Tam Blacharska, tu Piotrkowska – jeden pies czy Gierek. Wszy, brud, prostytucja, słodko-gorzka tajemnica. Można byłoby pomyśleć, że ma to znamiona romantyzmu. Na pewno fakt, że na Służewiu zabił się syn Beksińskiego. Czy na Piotrkowskiej 204 ktoś się zabił? Mógłby.
Zapiski o tym, 2017
Za oknem czyjeś chrum chrum chrum. Śmieją się ryje zapite wódą i piwem. Nie wiem co o tym myśleć. W sumie przypominamy świnie. Sama świnia nic złego nikomu nie zrobiła… choć być może już w brzmienie słowa wpisana jest obelga. Znowu pojawiam się w wannie. Nie interesuje mnie oderwana słuchawka, chcę się umyć to się umyję – samym wężem. Oho. Świnia, wąż, obracam się wśród panteonu z chińskiego horoskopu. Dlaczego właśnie teraz faluje podłoga? Strumienie ciepła w brudnej wannie, a ja tracę poczucie rzeczywistości, nie wiem kto odbija się w lustrze. Najgorszy jest brak kontaktu z własnym spojrzeniem. Obojętne jak tektura i papier pakowy. Taśma papierowa. Nic nie widzę. Na wywyższonym betonie leży Nastia. Wieje wiatr, czuć zapach morza zespolonego z benzyną, a ona mruży oczy i drapie się w nos. Jesteśmy na Stoczni Gdańskiej, na terenie, z którego powinni nas wygonić, ale widocznie mają to w dupie. Nastia nie jest stąd, w ogóle nie przynależy do tego świata. Pojawiła się by mignąć. Leży i zastanawia się, co by się stało gdyby spadła na nią czarna treść niesiona w powietrzu za pomocą dźwigu. Kontury maszyn. Piękne, rdzewiejące. Swoją najdonioślejszą formę osiągają nocą. Patrzyłyśmy się obydwie w okno. Centrum Gdańska, 1 stycznia, zaczyna świtać. Okazuje się, że obserwowany przez nas widok to tylko makieta. Moment spojrzenia jest wyborem. To my o tym decydujemy. Być może jesteśmy TAM, a Gdańsk, Londyn, Ułan Bator jest tylko kpiącą sobie z nas wydmuszką. Dlatego być może patrzę się w lustro i nic nie widzę. Tym razem nie chcę – jestem przerażona tym, co mogłabym zobaczyć. Nastia się zabiła. Miała 19 lat. Jej świadomość była wyrzeźbiona od-do, w –do skoczyła pod pociąg. Tak naprawdę jej nie znałam. Nie musiałam. 1 stycznia otworzyła mnie na pojęcie wieczności. Pewnego dnia i ja wyjrzę przez okno. Znowu słyszę głosy… tym razem to nie świnie, mają wyraz bardziej humanoidalny, ale wciąż obarczony brzemieniem nałogu. Gorzkie żale na przemian z chichotem. Zsyp otwarty od 6 do 22. Zgodnie z zasadą grawitacji spada wszystko, spleśniały chleb, zużyte podpaski, gąbki, opakowania po wodzie i mleku. Wino nadal stoi, prawdopodobnie już zwietrzało, ale nie zaszkodzi spróbować. Na 20 mg escitalopramu to i tak wszystko jedno.